środa, 28 marca 2018

Mord w JEDWABNEM

Artykuł opublikowany 10.07.2016



Jest to polska zbrodnia popełniona na polskich Żydach
                                                                    /Agnieszka Arnold/

Pogrom w Jedwabnem – masowe zabójstwo żydowskich mieszkańców Jedwabnego i okolic, dokonane 10 lipca 1941 przez grupę co najmniej 40 polskich mieszkańców tego miasta. Inspiratorami zbrodni byli hitlerowscy okupanci. Zginęło co najmniej 340 osób narodowości żydowskiej. Większość (około 300) spośród ofiar została spalona żywcem w stodole.
Jedwabne, Kielce, Kraków... - jak myślę o tych haniebnych czynach moich rodaków to wstyd mi, że jestem Polakiem.

Uprzedzając reakcję pewnej specyficznej grupy interlokutorów, uprzejmie proszę o nie namawianie mnie do zmiany obywatelstwa. Przeżyłem 62 lata - to wystarczający czas na podjęcie świadomej decyzji dotyczącej wyboru swego miejsca na Ziemi. Trzeba zachowywać się przyzwoicie. Jeśli wiem, że moi rodacy dopuścili się zbrodni, to nazywam rzecz po imieniu, a nie szukam usprawiedliwień w martyrologii naszego narodu. Polacy w swoich dziejach dokonywali czynów tak chwalebnych jak i haniebnych. Nie będę fałszował historii!


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rafał Betlejewski - artysta performer - w 69 rocznicę pogromu Żydów w Jedwabnem, spalił stodołę w miejscowości Zawada.
Wygląda nawet dość efektownie tylko ta świadomość, że w Jedwabnem wewnątrz znajdowali się ludzie powinna zakłócić dobre samopoczucie Polaków.




      Fot. Filip Klimaszewski


                                                       *   *   *
Fragmenty dyskusji na Facebooku wywołanej powyższym wpisem w 2012:


Sławomir Płatek 
proponuję w ogóle rozlepić plakaty "jesteś Polakiem - czuj się źle!" i zamiast reklam w telewizji puszczać wszystko, co można złego o Polakach powiedzieć.
to jest chore. przyznać się do błędu to jedno, a wstydzić się za swoją polskość - to chore, to nowotwór mentalny, ciężka patologia.


to trochę błędne rozumowanie bo to zazwyczaj właśnie Polacy pokazują jacy to są pokrzywdzeni przez wszystkich i domagają się przeprosin
Sławek - zauważ w swoim patriotycznym zaślepieniu, że czuję się źle jako Polak, myśląc o pogromach. Więc nie generalizuj. Gratuluję dobrego samopoczucia!
bo są pokrzywdzeni. i należą się przeprosiny. zresztą w większości wypadków winni już przeprosili, sprawy pozamykano i te pozamykane powinny tak zostać. nie oczekuję od niemców, że będą się wstydzić, że są niemcami, nie mam z tego żadnej przyjemności oczekuję pamięci i wyciągnięcia wniosków. i żaden "polak" nie namówi mnie, żebym się wstydził swojej polskości. mamy piękną historię, jestem dumny, a za błedy potępiam winnych, a nie ogólnie pojętą polską narodowość. takimi tekstami jak podpis do zdjęcia - brzydzę się i gardzę.

Przeprosiny były (prezydent Kwaśniewski), ale to nie znaczy, że mam pogromy wymazać z pamięci. Muszę powiedzieć, że jakoś nie cierpię z powodu Twojego obrzydzenia i pogardy.


Elżbieta Gral 
i żaden "polak " nie namówi mnie , żebym się wstydził swojej polskości " ... " za błędy potępiam winnych , a nie ogólnie pojętą polską narodowość " - zdrowe podejście do tematu.


Próby marginalizowania roli Polaków w mordzie, podjęte przez niektórych historyków (np. prof. Tomasza Strzembosza) miały tyle wspólnego z prawdą historyczną co działania "komisji Macierewicza" w sprawie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Przyznał to nawet IPN, którego o sympatie do Żydów raczej nie można posądzić.

Elżbieto - bez względu na to czy nazwiesz mnie Polakiem, czy "polakiem", przede wszystkim jestem człowiekiem. Taka jest moja hierarchia wartości.

chłopie, zmień obywatelstwo jeśli się wstydzisz i nie pierdol.

wydaje mi się ,że nie o sympatię chodzi , ale jak napisał Sławomir P. " przyznać się do błędu to jedno , a wstydzić się za swoją polskość - to chore " ....

Sławek - widzę, że brutalizujesz retorykę, a więc pojadę klasykiem: - "nie chce mi się z Tobą gadać".

Cała sprawa jest kontrowersyjna, o czym nie wolno zapomiać. A co do tego rodzaju happeningów, polecam wywiad z prof. Markiem Janem Chodakiewiczem pt. "Nasi rodzimi skandaliści wprowadzają bezkarnie to samo co robili na Zachodzie dwie, trzy dekady temu" w "Uważam Rze".

Andrzeju - sprawa jest kontrowersyjna w szczegółach, ponieważ organizacje żydowskie nie wyraziły zgody (ze względów religijnych) na naruszenie szczątków podczas ekshumacji. Ale nie ma to kompletnie żadnego znaczenia dla meritum. Przeprowadzone w latach 2000–2004 śledztwa wykazały, że w mordowaniu ludności żydowskiej brała udział część polskich mieszkańców Jedwabnego. Według ustaleń Instytutu Pamięci Narodowej - "rola Polaków była decydująca w realizacji zbrodniczego planu, oni byli wykonawcami zbrodni, ale wydarzyła się ona z niemieckiej inspiracji".

Co do performance`u, to też nie jestem specjalnym zwolennikiem tego rodzaju sztuki. Wkleiłem to zdjęcie, bo wydawało mi się dobrze oddawać dramaturgię wydarzenia.


ja już któryś raz z rzędu jestem poirytowany twoimi wpisami, jest taki guziczek, dzięki któremu nie będę musiał ich czytać. do widzenia.

No widzisz - stać Cię na logiczne myślenie. Rób to częściej, a nie wybiórczo. Pozdrawiam i do widzenia:-)
Januszu - było do mnie : " Elżbieto - bez względu na to " ... -jesteś Człowiekiem ! - pozdrawiam :)))

Elu - dzięki. Jesteśmy na fb z własnej, nieprzymuszonej woli. Chyba chodzi o to, abyśmy wymieniali poglądy. Merytorycznie i kulturalnie. Ale przecież nie we wszystkim musimy się zgadzać. Pozdrawiam:-)
Ludzie źli są wszędzie. Naród polski nie jest tu wyjątkiem. Chyba tylko ten żydowski jest nieskazitelny. Szkoda, że sami Żydzi nie mogą tego potwierdzić.

@ Janusz. Widzisz tych kilku w Jedwabnem a nie dostrzegasz tych tysięcy, co Zydów ratowali kosztem własnego życia. Za nich też się wstydzisz ?

Arturze i Lechu - to że źli ludzie są wszędzie nie może być usprawiedliwieniem dla części społeczeństwa polskiego, które dokonywało zbrodni na współobywatelach. Żyję już dość długo w swoim kraju i myślę, że mam prawo oceniać wydarzenia historyczne. Uważam, że lepiej będzie gdy Polacy rzetelnie i obiektywnie odniosą się do swojej przeszłości, niż zrobią to za nich inne nacje. A tak niestety najczęściej bywa, ze szkodą dla naszej reputacji. Wczoraj była rocznica zbrodni w Jedwabnem, więc zająłem się pogromami i tylko pogromami. Zatem proszę nie generalizować. Kilkakrotnie na tej tablicy ostro krytykowałem działania Izraela np. w Strefie Gazy. Szukajcie a znajdziecie. Pisywałem również z wielkim szacunkiem o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata - chociażby niedawno przy okazji wspomnienia o Irenie Sendlerowej a wcześniej o Oskarze Schindlerze. Na liście Yad Vashem jest ok. 6000 Polaków SWNŚ. Wielu pewnie jeszcze nie znamy. Tych 40, którzy bezpośrednio dokonali mordu w Jedwabnem otwiera niemałą listę. Podczas II wś na Podlasiu podobne pogromy (na mniejszą skalę), miały miejsce jeszcze w co najmniej trzech wsiach (dane IPN). Po wojnie pogromy były w Kielcach, Krakowie, Tarnowie, Rzeszowie, Łomży. Do tej listy należy niewątpliwie dopisać szmalcowników. Odsyłam do znakomitej pracy Jana Grabowskiego (Centrum Badań nad Zagładą Żydów - "Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-1943". Takie wyliczanki nie mają większego sensu bo uwłaczają człowieczeństwu. Nie chcę być księgowym w rzeźni. Nie mogę jednak nie zareagować na stwierdzenie: - "Widzisz tych kilku w Jedwabnem a nie dostrzegasz tych tysięcy, co Żydów ratowali kosztem własnego życia". Taka proporcja jest po prostu nieprawdziwa.

W Talmudzie stoi: - "KTO RATUJE JEDNO ŻYCIE, TEN RATUJE CAŁY ŚWIAT". Myślę, że można by tę sentencję odwrócić i powiedzieć: - "kto zdradziecko niszczy jedno życie, ten okrywa hańbą cały swój ród". Oczywiście chodzi mi o sferę moralno-etyczną, bo przecież o odpowiedzialności zbiorowej nie ma mowy.

Na koniec trochę logiki. Napisałem: - "Jedwabne, Kielce, Kraków... - jak myślę o tych haniebnych czynach moich rodaków to wstyd mi, że jestem Polakiem." Nie napisałem natomiast, że "wstydzę się za Polaków". To jednak jest kolosalna różnica. Na jakiej podstawie wywiodłeś Lechu stwierdzenie: - "Za nich też się wstydzisz ?"?

Dziękuję wszystkim (nawet Sławkowi), za uwagi. Pozdrawiam ciepło!


I kontynuacja w 2015:



Stanisław Plutecki  
Niestety wielu Polaków,zamiast wziąć to "na klatę",jest oburzona odkrywaniem tej niewygodnej prawdy i przypominanie o niej uważa za antypolskie i szkalujące polski naród. Nawet odtwórca roli w filmie "Pokłosie" M.Stuhr otrzymywał listy z pogróżkami i obelgami. Podobnie "prawdziwi" Polacy odebrali,jako antypolski film A.Holland "W ciemności". Niestety duża część Polaków,jest bardzo wrażliwa na krytykę i niewygodne karty z historii. Za to nie przeszkadza im opluwanie Niemców,Rosjan czy Żydów,bo dobrzy są tylko Polacy.


"Myśl Narodowa" i wszystko jasne! Zamiast myśleć "narodowo",wystarczy tylko myśleć i sięgać do porządnych żródeł,a te inaczej tę kwrestię przedstawiają. Cóż,narodowcy piszą swoją historię i po swojemu fakty interpretują.Tak bywa,jak zamiast tylko myśleć.myśli się "narodowo".
 
Jedni myślą o Narodzie Polskim inni o żydowskim.....
 
Myśleć zawsze należy i nawet można ,o wszystkich narodach myśleć,a nie tylko o swoim.Nie ma jednak takiej sytuacji,która by zwalniała od myślenia i stosowania kryterium obiektywnej prawdy,dowiedzionej,a nie zasłyszanej czy przeinaczonej.
 
Rozumiem, iż pan nie zasłyszał tylko był świadkiem.
 
Oczywiście,że zasłyszałem. Rzecz w tym,że poznałem różne wersje tych wydarzeń i większość wiarygodnych dowodów wskazuje na polskich sprawców,inspirowanych przez Niemców. Czy pan nie rozróżnia winy jednostek od winy narodu? Że poznanie czasem bolesnej prawdy nie jest niczym niestosownym i nie godzi w naród,tylko ustala winy pojedynczych ludzi? Odróżnia pan patriotyzm i identyfikację ze swoim narodem od megalomanii i bezkrytycyzmu wobec swych rodaków? Czemu mamy udawać wiecznie pokrzywdzonych,szkalowanych,oszukanych? Czy w swej historii zawsze byliśmy tylko szlachetni??????
 

Janusz Domagała 
Posługiwanie się cytatami z zeznań oskarżonych o udział w pogromach Żydów, czy też relacją 9-cio letniej wówczas dziewczynki - w celu zmarginalizowania roli Polaków w mordzie w Jedwabnem - jest infantylne. Kompromituje nawet śledczego-amatora. W cywilizowanych prawodawstwach oskarżony ma prawo kłamać w swojej obronie. Wydarzenia z lipca 1941 w Jedwabnem są dokładnie zbadane i udokumentowane. Nie sposób nam, Polakom, uciec od haniebnej prawdy.
Grzegorzu - jeśli nieświadomie głosisz powyższe tezy jesteś ignorantem, a jeśli świadomie to zakłamanym hipokrytą!


Stanisław Plutecki 
Januszku! Podziwiam twoją cierpliwość. Kiedyś na YT przeczytałem wpisy pod filmem "Ulica graniczna" , "W ciemności" i "Ida"Już nawet nie chodzi o antysemityzm,tylko o najzwyklejszą głupotę bijącą z komentarzy. Wstyd i żenada,że ma się takich rodaków.

Jeśli Panu wstyd, iż jest Pan Polakiem to myślę,że wystąpienie z prośbą o zmianę obywatelstwa na żydowskie doskonale się wpisze w Pański życiorys. Jednakże na honorowe przyznanie bym nie liczył.................
 
 
Oj nie,nie, nie!! Ja nie wstydzę się wielce szanowny panie Polaku,tego,że jestem Polakiem! Nie zamierzałem też nigdy zostawać obywatelem jakiegokolwiek innego panstwa. Ja się wstydzę,nie siebie i za siebie,tylko za was szanowni antysemici,rasiści,niemcofoby,rusofoby,homofoby i wszelkie inne foby.Zawsze uważałem się za patriotę,ale prawdy, w imię rzekomej obrony honoru Polaków ,nie pozwolę ukrywać i przeinaczać. Bo prawda szanowny panie patrioto wyzwala,a manipulacja nią,jest niegodziwością.

No to widzę,że do "Polskich obozów śmierci" Panowie macie już tylko krok. Gratuluję
 
A co ma piernik do wiatraka???? Nazwa "polskie" jest konsekwentnie oprotestowywana i słusznie, Skąd u szanownego pana przekonanie,że ja akceptuję takie nazewnictwo? Jeśli kwestia Jedwabnego budziła by moje wątpliwości i były by dowody odwrotne niż są,to ramię w ramie z panem bym to oprotestowywał.Niestety w imię prawdy trzeba przyjąć wersję polskiego udziału w tych wydarzeniach,a nie podpierać sie wątpliwymi argumentami w imię obrony rzekomego dobrego imienia Polaków.
 
Pomieszanie z poplątaniem. Grzegorz naczytał się Bendera albo Ratajczaka i błyszczy jak Księżyc światłem odbitym.
Wolność słowa to wspaniała zdobycz cywilizacyjna, pod warunkiem, że korzystający z niej posiedli umiejętność elementarnego filtrowania szumu informacyjnego. Jeśli nie, to bezpieczniej jest wysłuchać coniedzielnego kazania jegomościa i według jego wytycznych żyć.
 
Wart pałac Paca i Pac pałaca. Żegnam towarzystwo wzajemnej adoracji
 
Januszku! No popatrz,jak my się wzajemnie adorujemy! Że my tego nie zauważyliśmy,a gość to wytropił? Hahahahjahaha!!!!!
 
A co Grzesiu mógł wiedzieć o naszych polemikach, jak po raz pierwszy zabrał głos na mojej tablicy? I okazuje się, że ostatni, ponieważ wyrzucił mnie z grona znajomych. Facet pewnie ma "hopla" na punkcie Żydostwa. Tropi tematy, które zadają kłam wyssanym (zapewne z mlekiem matki) fobiom i podnieca się pozorując polemikę. To taka swoista pornografia. A sztandarowym argumentem są linki do wypocin - takich samych jak on - frustratów. Obsesjonistów na portalach społecznościowych są setki. Jestem do tego przyzwyczajony.
 

Janina Mikuła 
"Adoracji" - jeśli można - słów kilka :-)

Cierpliwość - GENIUSZEM się nazywa.

Janusz - Stasiu ... Gratuluję wytrwałości!

Dlaczego uczestniczę w manifestacjach KOD?

Artykuł opublikowany 8.05.2016



Odpowiadam od razu na tytułowe pytanie: - dla mnie w tej chwili kluczowa jest masowość protestu, bo działa trzeźwiąco na rozbuchane zapędy decydentów. Liczba uczestników jest ważniejsza od treści podnoszonych haseł, które niekoniecznie są zgodne z przekonaniami wszystkich demonstrantów. I to działa. Po pierwszych, wielotysięcznych manifestacjach 12 i 19 grudnia 2015, rząd PiSowski został zmuszony do opublikowania werdyktu Trybunału Konstytucyjnego, czego wcześniej nie miał zamiaru uczynić. Należy schować animozje na rzecz pryncypiów - taka powinna być kolej rzeczy.


Zgromadzenia KOD traktuję jako ćwiczenie solidarności obywatelskiej przed czekającymi Polskę nieuchronnie protestami wynikającymi nie z zagrożenia wolności, tylko z powodu rozwarstwienia społeczeństwa. Polityka kolejnych rządów sprzyjających tylko interesom przedsiębiorców doprowadziła do marginalizacji i pauperyzacji dużych grup pracobiorców.  Sojusz brutalnego kapitalizmu, militaryzmu i autorytaryzmu, od lat niszczący harmonijny rozwój społeczeństw, dotarł również do Polski. Stało się to za przyzwoleniem rodzimych polityków, usłużnych wobec oligarchów i ponadnarodowych korporacji. Musimy się temu przeciwstawić, ale przecież nie według recepty cynicznego satrapy strojącego się w pseudo-demokratyczne piórka. Nacjonalizm; autorytaryzm, przyprawione całą gamą ksenofobicznych aberracji,  jawne przyzwolenie na bezczelne panoszenie się sekty watykańskiej w zamian za ambonowe poparcie - oto przepis na uzdrowienie Rzeczpospolitej autorstwa Jarosława Kaczyńskiego i zgromadzonych wokół niego fanatyków narodowo-katolickich.  



 


      Fot. Joanna Mrówka


Prekariusze - kategoria społeczna charakterystyczna dla współczesnego kapitalizmu - oraz bezrobotni i bezdomni, na manifestacje KOD-u raczej nie chodzą. Nie uczestniczą również w wyborach. I to jest dramat. Ale w powstaniu, które kiedyś wybuchnie, wezmą udział na pewno! Podziały społeczne wywołane przez polaryzację poglądów elit politycznych, ostatnio przekształcone w otwartą wojnę, są tak głębokie, że chyba nie uda się ich rozwiązać w gabinetach. Obym był złym prorokiem ...

 Konstytucja normuje zasady ustrojowe państwa. Opracowywana jest przez szerokie spektrum polityków i ekspertów różnych opcji, z myślą o funkcjonowaniu przez wiele lat. Obecnie obowiązująca Konstytucja RP, przyjęta przez Polaków w drodze referendum w 1997, tworzona była kilka lat przez ludzi zdolnych do porozumienia ponad podziałami. Dzisiaj takich nie ma. I nie ma "klimatu" do zmian w konstytucji, ponieważ scena polityczna zdominowana jest przez prawicę najgorszego sortu - narodowo-katolicką. Nie twierdzę, że obowiązująca ustawa zasadnicza jest idealna, ale z nowelizacją musimy poczekać na "lepsze czasy".

Psucie państwa rozpoczęło się za rządów AWS-u, czyli praktycznie natychmiast po wejściu w życie obowiązującej dzisiaj Konstytucji RP. SLD miał też w tym swój udział. Od 10 lat ten destrukcyjny proces kontynuuje nadpartia POPiS - dziwoląg składający się z dwóch organizmów politycznych żyjący w mutualizmie.

PO skupia neoliberalnych cwaniaczków działających na obstalunek "tłustych misiów", czyli rodzimej oligarchii. Jest to formacja ludzi bogatych oraz aspirujących do tego gremium - raczej chciejstwem, niż realnymi podstawami - niektórych członków klasy średniej.  Rządzący przez 8 lat platformersi pamiętali corocznie o wielomilionowej daninie z budżetu na rzecz watykańskiej mafii, a zapomnieli o milionach wykluczonych współobywateli. Abstrahując od ewidentnego łamania prawa, działanie takie było o tyle kuriozalne, że Kościół kat. od 2005 popiera PiS, więc żadnych wymiernych korzyści partii nie przynosiło. PO przez lata psuła państwo w sposób pełzający, a więc dla ogółu sympatyków niezauważalny.

PiS to Jarosław Kaczyński - ideolog i strateg. Bezduszny, cyniczny satrapa, traktujący swoich zwolenników przedmiotowo, a resztę społeczeństwa jako "komunistów i złodziei", czyli zbędny motłoch. Słabo zorientowany w sprawach gospodarczych. Dla niego polityka to nieustająca gra, walka. Propagandą populizmu i demagogii potrafi kształtować nastroje społeczne. W sposób bezprecedensowy zantagonizował Polaków. Wykorzystał gigantyczną, wręcz samo-unicestwiającą arogancję poprzedników. Zwyciężył i to w wymiarze chyba przekraczającym swoje oczekiwania. Zachłysnął się samodzielną władzą  i ten błąd doprowadzi go do upadku.


Powołanie KOMITETU OBRONY DEMOKRACJI uważałem za inicjatywę oddolną, spontaniczną. Na stronach KOD-u apelowałem aby organizatorzy wystrzegali się transparentów z logo partii politycznych. Nie zapraszali na trybunę prominentnych polityków, ponieważ jest to niestosowne. Miałem na myśli dygnitarzy PO; PSL, a także SLD, bo to oni swoją aspołeczną polityką zniechęcili elektorat.  Jest wręcz niemoralne (choć to norma obca politykom), aby prominenci PO, którzy wybrukowali PiS-owi drogę do samodzielnego rządzenia, w kilka miesięcy po przegranych z kretesem wyborach, występowali bezczelnie na trybunach w aureoli obrońców demokracji. Oczywiście wszyscy mają prawo, a nawet obowiązek manifestować przeciwko łamaniu demokratycznych standardów. Nawet winowajcy. Jednak organizatorzy powinni stać na straży apolityczności. Grupy partyjne mogą występować pod swoim sztandarem (bo nie sposób im tego zabronić), ale w tłumie, ramię w ramię z resztą demonstrantów. Przecież w manifestacjach biorą udział nie tylko apologeci tuskizmu, ale również zdeklarowani przeciwnicy kaczyzmu, którzy jednocześnie nie chcą powrotu do władzy PO. Jestem przekonany, że demonstrują również wyborcy, którzy oddali swój głos (z różnych przyczyn) na PiS, a teraz zmienili zdanie.
Tak rozumiałem przesłanie manifestacji organizowanych przez KOD.

Niestety, od początku politycy starają się zawłaszczyć oddolny ruch obywatelski dla swoich partykularnych interesów.
Na pierwszym wiecu pod krakowskim Ratuszem (19.12.2015) perorował Bogdan Klich - minister obrony narodowej w latach 2007-11. Człowiek, który tolerował łamanie procedur w lotnictwie wojskowym. Piloci specpułku wykonywali loty bez ważnych uprawnień i certyfikatów. To m.in. za sprawą katastrofy smoleńskiej Jarosław Kaczyński i jego partia odzyskali władzę.
Adam Szejnfeld na demonstracji w Poznaniu powoływał się na Kartę Praw Podstawowych. A to PO przez dwie kadencje miała problemy z ratyfikacją części społecznej KPP. Szejnfeld w ubiegłej kadencji był twarzą poselskich projektów demolujących Kodeks Pracy, co spowodowało pogłębienie nierówności społecznych. I ten hipokryta śmie występować z tekstem o KPP!
Podobnych wystąpień podczas manifestacji KOD-u w minionych miesiącach było znacznie więcej.


Ubolewam, że do protestów nie przyłączają się - poza częścią Zjednoczonej Lewicy pod wodzą Barbary Nowackiej -  inne ugrupowania lewicowe. Chodzi mi głównie o absencję RAZEM i Ruchu Sprawiedliwości Społecznej Piotra Ikonowicza. Rozumiem, a nawet podzielam ich niechęć do PO czy systemowego SLD. Przecież gołym okiem widać sprzeczności pomiędzy dzisiejszymi postulatami głoszonymi z trybuny, a praktykami podczas sprawowania władzy. Ale demonstrowanie przywiązania do ideałów rewolucji francuskiej, pod oświeceniowym hasłem "wolność, równość, braterstwo", obok zdegenerowanych politykierów partii - z woli wyborców - słusznie odsuniętych od władzy, nie oznacza utraty tożsamości! Cóż, oni na szczytach władzy zagubili gdzieś "równość i braterstwo". Warto o tym przypominać. Może następców dopadnie refleksja.

ŁAMIGŁÓWKA

Artykuł opublikowany 28.03.2016



W Polsce panuje tradycja, że pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia lub Wielkiej Nocy spędzamy w gronie najbliższej rodziny, natomiast w drugim  odwiedzamy znajomych, przy okazji oddając się rekreacji. Nikomu nic nie narzucam, albowiem hołduję szatańskiej zasadzie "róbta co chceta", ale jeśli nie chce nam się wyjść z domu, to przynajmniej - zamiast gapić się bez sensu w telewizor - pogimnastykujmy mózg.

Proszę zapoznać się z treścią poniższej odezwy do ludzi pióra i odpowiedzieć na dwa pytania:

1. Kto jest autorem tego apelu?

2. Jak "ugryźć" pierwszą formułę, o której autor pisze z nonszalancją, że jest "łatwiejsza, niż się to wydaje"?

Rozwiązanie p-kt 2 należy przeprowadzić "na piechotę", bądź używając jedynie najprostszego kalkulatora czterodziałaniowego. A to dlatego, że autor zadania kalkulatora elektronicznego nie posiadał, gdyż takowych w jego czasach jeszcze nie było.





 Zacznę od odpowiedzi na pytanie 2:

Naczelną zasadą rozwiązywania wszelakich zadań jest dokładne przeczytanie i zrozumienie informacji zawartych w opisie. W przypadku zadań rachunkowych dobrze jest oszacować wstępnie wartości, co pomaga  w przyjęciu strategii rozwiązywania.

No to do dzieła!
W opisie zadania podano, że obydwie formuły "są w składzie i rezultacie identyczne". Jest to bardzo ważna informacja. Sugeruje bowiem, że kolejne składniki z lewej strony równania mają tę samą wartość po 1, natomiast prawa strona ma wartość 2. Oczywiście musimy to udowodnić.

Spójrzmy na pierwszy składnik. Nie zawracajmy sobie chwilowo głowy karkołomnym pierwiastkiem 97 stopnia, a zajmijmy się liczbą podpierwiastkową.
Jest to iloraz dwóch ułamków właściwych. Pierwszy zabieg to sprawdzenie, czy ułamki da się skrócić, czyli doprowadzić do prostszej postaci. A pełny sukces osiągniemy, gdy uda nam się wyznaczyć największy wspólny dzielnik. Po ostatnich cyfrach w liczniku i mianowniku widać, że pierwszy ułamek można skracać przez 5, a drugi przez 2 (bądź ich wielokrotności). Kilkakrotnie powtarzając ten zabieg dojdziemy do najprostszej postaci. Ja jednak proponuję popatrzyć na ułamki całościowo i spróbować oszacować ich wartości. Zauważmy, że mianowniki są około dwukrotnie większe od liczników. A może dokładnie dwukrotnie? Jest ku temu przesłanka sądząc po ostatnich cyfrach (2⦁5=10 i 2⦁6=12). No to wykonajmy na boku proste mnożenie przez liczbę jednocyfrową:

                                 2 ⦁ 98765 = 197530
                                 2 ⦁ 299874366 = 599748732

Bingo! Okazuje się, że liczby w licznikach były zarazem największymi wspólnymi dzielnikami. No to mamy pod pierwiastkiem 97 stopnia trywialne działanie:

                                 ½ : ½ = 1

To ci przechera z tego autora. Chciał nas wystraszyć kuriozalnym stopniem pierwiastka. Ale nie z nami takie numery Schyziu!

Mamy obliczony pierwszy składnik sumy po lewej stronie równania. Zgodnie ze wstępnymi sugestiami jest on identyczny z odpowiednim składnikiem drugiej formuły.

Dobrze idzie, no to jedźmy dalej.
Wymyślając drugi składnik autor pojechał mocno po bandzie. Mam na myśli sześciocyfrowy wykładnik. Z pobieżnych szacunków wynika, że gdyby liczba w nawiasie była nawet minimalnie większa od jedności nie dałoby się jej zapisać, ponieważ składałaby się z gigantycznej ilości cyfr. Ponadto z opisu zdania wynika (na co wcześniej zwracałem uwagę), że obie formuły są w składzie identyczne.  W związku z powyższym jest pewne, że różnica w nawiasie musi być równa 1, bo w innym przypadku lewa strona równania byłaby różna od prawej.


A więc rachujmy.
Proponuję wziąć na pierwszy ogień odjemnik ponieważ jest pierwiastkiem kwadratowym - będzie prościej. Musimy przedstawić liczbę podpierwiastkową jako iloczyn liczb, ale takich, które zarazem są łatwym do obliczenia kwadratem. Suma cyfr liczby 142884 wynosi 27, a więc jest na pewno podzielna przez 3, a może i przez 9. Spróbujmy zatem podzielić ją przez 9² = 81 (iloraz musi być liczbą całkowitą).

                                 142884 : 81 = 1764

Kolejno rozkładamy 1764. Też jest podzielna przez 3, ale ponieważ jest mniejsza spróbujmy podzielić przez 6² = 36.

                                  1764 : 36 = 49

Udało się! Wpisujemy pod pierwiastek iloczyn:

                                   81⦁36⦁49 = 142884

Stosujemy twierdzenie mówiące, że pierwiastek iloczynu liczb jest równy iloczynowi pierwiastków tego samego stopnia z tych liczb:

                  √(81⦁36⦁49) = √81⦁√36⦁√49 = 9⦁6⦁7 = 378

Skoro różnica pierwiastków w nawiasie ma być równa 1 to

                                  ³√54439939 = 379

Sprawdźmy przez potęgowanie czy tak jest w istocie:

                         379³ = 379⦁379⦁379 = 54439939

Doszliśmy zatem do równania:

                                    1+1 = ¹⁷√131072

czyli

                                    2¹⁷ = 131072

Stosujemy twierdzenie o potęgowaniu mówiące, że iloczyn liczb o tych samych podstawach podnoszonych do potęgi jest równy liczbie o tej podstawie podniesionej do potęgi równej sumie poszczególnych wyznaczników.
Rozłóżmy wyznacznik 17 na 4+4+4+4+1 i zapiszmy:

   2¹⁷ = 2⁴ ⦁ 2⁴ ⦁ 2⁴ ⦁ 2⁴ ⦁ 2¹ = 16⦁16⦁16⦁16⦁2 = 131072

A więc

                                    ¹⁷√131072 = 2

Uff - udowodniliśmy, że obydwie formuły podane przez autora zadania są tożsame. No jak? Nie było to wcale takie trudne.


Odpowiedź na pytanie 1: 

Julian Tuwim "Do obywateli pisarzy" 


                                Fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny / NAC



Fragment "Księgi tajemnic magiomatematycznych" publikowanych cyklicznie w rubryce Cicer cum caule, czyli groch z kapustą. Panopticum i archiwum kultury, którą Julian Tuwim prowadził w czasopiśmie "Problemy" od roku 1949 aż do śmierci. Julian Tuwim wyznał: -

Matematyka jest od wielu lat nieszczęśliwą miłością piszącego te słowa. Wpada on, co pewien czas w trans namiętnego zakochania się w tej Tajemniczej Damie, lgnie do niej umizga się, marzy o tzw. posięściu jej i rozkoszowaniu się nią; obiecuje sobie po tym romansie stokroć więcej radości i upojenia, niźli ich zaznał ze swą prawowitą, ale kapryśną i wiarołomną kochanką - Poezją, Wszystko na próżno. Dama jest niewzruszona i ani na cal nie chce przed nim uchylić rąbka swych szat.



 Gdybym posiadał zdolność teleportacji w przeszłość, to chciałbym znaleźć się w przedwojennej "Ziemiańskiej" w Warszawie, gdzie bywał Mistrz Julian. Podsunąłbym mu pomysł, aby wyrażenie ³√54439939 zastąpił ³√53582633. Wówczas to demoniczny wykładnik potęgi (999018) nie grałby tylko roli straszaka, a miałby konkretne matematyczne znaczenie.
Dlaczego? To już jest zagadka ode mnie dla Państwa.

MAMA

Artykuł opublikowany 26.03.2016



Dokładnie 20 lat temu 26 marca 1996 odeszła moja MAMA Hania (*)



                              Hania (1927 - 1996). Zdjęcie z 1949


Dzisiaj, nie wychodząc z domu, spotkałem się z Mamą. Robię to częściej niż sądzą bliscy, oceniający mnie negatywnie po absencji przy grobie w Święto Zmarłych. Nie dbam o to. Jest mi kompletnie obojętne "co ludzie powiedzą".




                                      Rok 1956


Na zdjęciu z wczesnej wiosny 1956 roku mam marsową minę. Nie pojmuję dlaczego, ponieważ zazwyczaj uśmiech miałem przylepiony do twarzy. Może dlatego, że ubrali mi beretkę. Pamiętam, w latach późniejszych, toczyłem z Mamą boje o czapki. Najbardziej nie cierpiałem beretu i pilotki. A może nerwowo wyczekiwałem na zmianę "klimatu"? W owym pamiętnym roku odwilż przyszła dopiero w październiku!

Gdy jeszcze pacholęciem byłem, Mama ubzdurała sobie, że muszę zostać wirtuozem fortepianu. Kocham muzykę, ale uczucie to nie motywowało mnie wystarczająco do oddania się bez reszty wielogodzinnym ćwiczeniom pasaży i etiud.  Jak mogłem bez końca bębnić w klawiaturę, gdy moi koledzy w tym czasie grali pod domem w piłkę? Trwało to aż dziesięć lat.



 


                                  Z Bratem 1964


Kończąc podstawówkę postanowiłem definitywnie "odciąć pępowinę". Oświadczyłem, że nie będę dalej uczęszczał na muzykę i - aby oszczędzić ponownego stresu rodzicielce - dorzuciłem w pakiecie religię. Na religię nie chodziłem już całą ósmą klasę, ale ukrywałem ten fakt przed rodzicami. Po prostu zbudowałem sobie model Wszechświata, w którym nie było miejsca dla bogów. Teraz, po blisko 50 latach, stwierdzam z satysfakcją, że się w tej materii nie pomyliłem. Były oczywiście dąsy, ale osiągnęliśmy kompromis. Mama pogodziła się z moimi decyzjami, tylko kategorycznie zażądała, abym przystąpił do bierzmowania. Zatem zapisałem się na "kurs przygotowawczy" i po pół roku biskup poklepał mnie po policzku. Niewiele pamiętam z tej uroczystości, ale wiem na pewno, że nie był to Karol Wojtyła. Dzięki temu nie jestem obecnie relikwią III stopnia.

Technikum Energetyczne, zwane w Krakowie Akademią Loretańską, to była jazda! Z układnego prymusa przeistoczyłem się w niepokornego kawalarza. Zaczęły się imprezy - panienki, pierwsze "procenty". Koleżeństwo lubiło u mnie balować. Mama wszystkim mówiła per: pani/pan, co było wówczas ewenementem. Czas pędził. Ani się oglądnąłem, a byłem już po maturze. Jako zatwardziały pacyfista musiałem za wszelką cenę uniknąć służby wojskowej, która wówczas była "patriotycznym obowiązkiem każdego mężczyzny". A ja , jako człowiek wolny, sam sobie wyznaczałem obowiązki. Wystartowałem na Wydział Elektrotechniki, Automatyki i Elektroniki - AGH. Egzamin zdałem dość dobrze, ale to było za mało aby się zakwalifikować. Kierunek akurat był modny - 7 kandydatów na jedno miejsce. Chcąc nie chcąc, rozpocząłem studia na Wydziale Mat.-Fiz.-Chem. UJ. Wizja belfrowania przez najbliższe 35 lat nie kręciła mnie specjalnie, zatem zaraz po wiosennym poborze, gdzieś w kwietniu, pożegnałem szacowne progi Alma Mater Jagellonica.



 


                                                 Rok 1974

Dowiedziałem się, że Zakład Fizjologii Roślin PAN poszukuje technika do obsługi aparatury kontrolno-pomiarowej, więc się zatrudniłem. Planowałem, że popracuję kilka miesięcy, do nowego roku akademickiego.  Zakład był mały, zlokalizowany na obrzeżach miasta u stóp Lasu Wolskiego. Raptem ok. 60 pracowników technicznych i naukowych. Zostałem dobrze przyjęty przez zespół. Wszyscy się znali, było jak w rodzinie. Rześki klimat; długonogie, smagłolice laborantki; rozrywkowi koledzy - żyć, nie umierać. Dla Mamy był to oczywiście problem. Uważała, że jak wsiąknę w nowe środowisko, to na studia nie wrócę. Miała racje, ale tylko połowicznie. 
Latem zdałem ponownie egzamin wstępny na AGH. Tym razem zostałem przyjęty. Żal mi było opuszczać sympatyczne towarzystwo. Wymyśliłem, że przepiszę się na studia wieczorowe. Zagwozdka tkwiła w obowiązującym  kodeksie pracy. Na wieczorówkę kierował pracownika zakład po przepracowaniu minimum 2 lat, a ja byłem ledwo po 3 miesięcznym stażu. Poszedłem do szefa, niedostępnego i ascetycznego (jak mi się wówczas niesłusznie wydawało) prof. Adama Markowskiego. Przedstawiłem sprawę, on się nie odezwał, więc się wycofałem. Za dwa dni przychodzi sekretarka i wręcza mi skierowanie. Chyba mnie jednak szef polubił. Skrobnąłem zatem pismo do rektora - takie z cyklu "wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie" (bajerę miałem wtedy lepszą niż dzisiaj) i po pewnym czasie otrzymałem pozytywną odpowiedź z uczelni.

Rozpoczął się dla mnie pięcioletni, bardzo absorbujący czasowo okres. Oprócz pracy miałem 20 godzin tygodniowo zajęć na uczelni. A po uczelni ok. 20:30 często się zaliczało jeszcze "szlak Lajkonika" - przez dawny Piasek - odwiedzając "Barbórkę"; "Centusia"; "Ermitaż". A na niedob(p)itków czekały nocne: Warszawianka; Feniks lub Kaprys w Śródmieściu. Dziwnym trafem przeważnie plasowałem się w grupie maruderów. W domu bywałem coraz rzadziej, praktycznie tylko przenocować. Mama, jak stary milicjant, zawsze mnie wyszpiegowała, a potem lamentowała, że my nic innego nie robimy w pracy i na uczelni, tylko pijemy wódkę. Oczywiście to była gruba przesada. Rzeczywiście wypiło się małe co nieco, no może trochę więcej... albo będąc bliżej prawdy - co nieco za dużo, ale w żadnym wypadku nie przeszkadzało nam to w normalnym funkcjonowaniu. Po prostu byliśmy młodzi i zdrowi. Mogliśmy pracować 20 godzin /dobę.

W 1977 wyprowadziłem się z rodzinnego mieszkania w związku z czym więzy z rodzicami coraz bardziej się rozluźniały.  Mój stosunek pracy z ZFR PAN wygasł,  za porozumieniem stron, symbolicznego dnia 31 sierpnia 1980. W 1979, korzystając z Gierkowskiego "zielonego światła dla rzemiosła", założyłem pierwszą firmę zajmującą się instalacjami elektrycznymi. W tym momencie zostałem kapitalistą i trwa to do dnia dzisiejszego. O ironio - tak naprawdę, ideowo, w głębi serca, zawsze byłem i będę socjalistą.


Po świętach pójdę na cmentarz. Rzadko tam bywam - nie znoszę cmentarzy. Jedność miejsca, to prosty i czytelny zabieg twórców tragedii antycznej. Ale mamy XXI wiek. Nie sądzę, aby "ciężar" bólu i tęsknoty można było zrównoważyć ilością zapalonych zniczy. Bo to są inne systemy miar. Światło pamięci noszę w sobie. I świadomość, że byłem złym synem. Na ekspiację już za późno...



PAWEŁ PODLIPNIAK

Aubade triste I

Byłaś dziś rano mała, więc cię pokołyszę
w myślach, w mowie, w uczynkach i bez zaniedbania
za dni pachnące ciastem, przyszyte guziki,
za plastry przyklejane na zbitych kolanach.

Byłaś dziś rano lekka, więc mi uleciałaś
w przeszłość, w bajki, dzieciństwo i rozlałaś ciszę
na dni, które nadejdą. Zamiast pożegnania.
Tyle mam w sobie krzyku, lecz nie mogę krzyczeć.

Byłaś dziś rano krucha, więc się rozsypałem,
na drobniutkie kawałki nie do poskładania.
Bez ciebie nie zapłaczę. Nie próbuję. Wcale.
Smutek rozstań jest suchy. Ja zostałem. Mamo.

Aubade triste II

Trać, trać kolory mamo. Żółknij i do cienia.
Spadłaś ty, spadłem ja, jeszcze tylu czeka
w kolejce do huśtawki. Nieból to i niestrach.

Spłyń, spłyń w niepamięć mamo. Bym się nie zachłysnął
lepkim żalem, pestką albo smużką dymu.
Tego, co pozostało we mnie, nie wydłubię szybko.

Zgaś, zgaś już światło mamo. Snom potrzeba mroku.
Miejsce naszych spotkań utkwiło głęboko
za tajemnicą, szeptem, gdzie bezdech i spokój.

Głaszcz, głaszcz po głowie mamo. A choćby i we śnie.